wtorek, 27 maja 2014

ROZDZIAŁ 4. "Nathan? Gdzie jesteś? Boję się..."

 JEDNA WIELKA PROŚBA!
WSZYSTKICH PROSZĘ O KOMENTARZE.
TO NA PRAWDĘ WAŻNE DLA MNIE.
Dziękuję! 

Obudziłam się ze świadomością, że muszę zbierać się do pracy. I to szybko. I, że znów będzie tak samo... Znów będę wspominać, zadawać sobie pytania, na które nie ma żadnej odpowiedzi.... I najważniejsze - po raz kolejny czuć się nieswojo we własnym domu.... Dlaczego? Bo dawniej ten dom wyglądał całkiem inaczej? Był wypełniony radością, szczęściem i miłością? A teraz? Co z tego zostało? I znów będę wspominać koszmary minionej nocy. Od wieków ból jest tak samo trudny do zniesienia. Od wieków wiadomo, że jedno zdarzenie może zrujnować wszystko, a jedna chwila zniszczyć całą radość życia... I, że to co było, nigdy nie wróci... NIGDY. To takie okropne słowo. Na prawdę ciężko jest żyć ze świadomością, że ktoś, kto był nam bliski, z którym spędzaliśmy tak wiele czasu już nigdy nie pojawi się w naszym życiu. Obudziłam się też ze strachem. "Teraz czyha na Nas" ciągle szumiało mi w głowie.... Nie potrafiłam o tym nie myśleć, nie potrafiłam zapomnieć. Nie mogłam wymazać z pamięci zamglonych, przestraszonych oczu Nathana. Jak powtarzał, że gdyby coś mi się stało.... Po prostu nie chciałam tego pamiętać, a nie potrafiłam zapomnieć. Zresztą w tej rzeczywistości wszystko takie było...
Mimo wszystko postanowiłam iść do pracy. Wstałam, powtórzyłam monotonię kolejnych dni, zebrałam się w całość i mogłam ruszać do pracy. Nie mijając po drodze żadnych idiotycznych reporterów i dziennikarzy! Bo oni żyją tylko dzięki tragediom... Ale pominę ten temat, bo jest dla mnie strasznie drażliwy. Szłam szybko ulicą, żeby jak najszybciej znaleźć się w S&F. I rzeczywiście chwilę później wchodziłam już do budynku. Przywitałam się z mijanymi pracownikami i poszłam dalej, do mojego pokoju. Znów dużo telefonów i zamówień – firma pracowała świetnie. Tylko do klientów miałabym pewne zarzuty... Między innymi, że mi psują słuch drąc się do słuchawki... Ale dzisiaj na szczęście takich osób nie było, wszystko szło spokojnie, bez nerwów. Wyszłam z pracy dość wcześnie, dzięki temu, że przyjaźnię się z właścicielkami... Ach, te znajomości... Wróciłam do domu. W środku poza Nathanem zastałam jeszcze pozostałych chłopaków.
-Heeej... - powiedziałam zdziwiona tą „naradą rodzinną”.
-Hej, chodź do Nas, musimy coś omówić... - wyjaśnił Tom. Pozostali dodali tylko „hej”, a Jay tylko obdarzył mnie spojrzeniem, ale do tego już przywykłam, od tamtego dnia...
-Co?
-Chodź...
-W związku z Tym, że bardzo możliwe, że coś Nam grozi, a wcale nie jesteśmy tacy mega odważni jak się mówi, musimy coś zrobić... - zaczął Max.
-Proponuję wyjechać – dał pomysł mój chłopak.
-Byle nie do Włoch... - szepnął Jay, przymykając oczy.
-Ale gdzie byśmy mieli wyjechać?
-Nie wiem...
-Byle nie do Włoch – powtórzył Jay i wyszedł na chwilę.
-A jakieś inne propozycje?
-Możemy zrobić zamach na zabójcę, którego nie znamy z bronią, której nie mamy... - powiedział Nath, unosząc brew.
-Dobra, zrozumiałem... - podniósł ręce Max i rozejrzał się ostrożnie. - Wyjedziemy stąd. Daleko, bez niczyjej wiedzy, nikt nie będzie wiedział gdzie.
-No właśnie... Ale gdzie?
-Chiny?
-Kanada?
-Japonia?
-Australia?
-Fidżi? - posypały się propozycje.
-Australia? - szepnął. - Dobre.

~*~

-Jak Ci idzie? - zapytał Nath, podchodząc do mnie.
-Kiepsko - położyłam głowę na kolanach.
-Dobra, pomogę Ci... - powiedział i zaczął wyrzucać rzeczy z szafy.
-Nathy... Nie tak się pakuje - uśmiechnęłam się.
-Spokojnie, dam sobie radę... - odwzajemnił gest.
-Czekam... No i mam nadzieję, że Ty to zrobisz, bo ja... nie mam już siły...
-Ojej... Moje biedactwo... Zrobię Ci kakao, chcesz? - zapytał z troską i przytulił mnie delikatnie i pobiegł do kuchni.
-I zostałam sama z pakowaniem... - westchnęłam, ale zaraz się uśmiechnęłam. - Ale będzie kakao!...
-Sekunda!
-Nie przeceniaj się! - zaśmiałam się.
-Dobra... Minutka!
-Zobaczymy... - szepnęłam do siebie.
Po chwili brunet przyniósł moje upragnione kakao, które zaczęłam pić i sam zabrał się za pakowanie. Szło mu to... całkiem nieźle!
-Za ile skończysz?
-Kate!! Jedziemy do Hiszpanii! Musisz mieć dużo ubrań!
Nie rozumiałam o co chodzi i odwróciłam się. Nathan skinął głową na okno. Zobaczyłam jedynie cień.
-Ojeeej, no.... To tylko Hiszpania! - przewróciłam oczami.
-Nie, Kat... To aż Hiszpania!
-Oooch, proszę Cię – zaśmiałam się. - Dobrze, tylko spakuj mi jakiś kostium, albo 3...
-Wszystko – zawtórował mi i zaczął wszystko wpychać do walizki.
-Nath, spokojnie...
Wyrzuciłam wszystko z walizki i zaczęłam układać ładnie rzeczy. 2 godziny później, kiedy wszystko było już prawie gotowe zadzwonił Max.
-No hej, jak wam idzie?
-Hej, dobrze. Niedługo będziemy gotowi.
-Podjedziemy do Was z Kevinem...
-Jasne.
-Bądźcie gotowi za pół godziny.
-Okay. Pa pa!
-Pa pa! - usłyszałam ostatnie słowa, po czym rozłączyłam się.
-No to Ty dokończ, a ja pójdę tylko do łazienki – powiedział Nath, po czym pocałował mnie i wyszedł.
Usłyszałam huk. Drzwi były otwarte... W progu ktoś stał.
-Nathan? Gdzie jesteś? Boję się... - szepnęłam.

______________________________________ 
Hej, wiem, że krótki, wiem, że mnie nie bylo... I wiem jeszcze jedno... NIKT NA MNIE NIE CZEKAŁ :3
Oki, no to tak... Nie wiem czy Wam mówiłam, że mój drugi blog jest dla mnie, nie zależnie od tego czy bd czytać ja bd pisać. Natomiast tu jest inaczej... Ten jest dla Was i jeżeli nie ma zainteresowania i nie komentujecie to znaczy, że nie ma sensu pisać...
A TO ZNACZY: JEŻELI NBD KOMENTARZY ZAWIESZĘ BLOGA.
DZIĘKUJĘ.




 

niedziela, 11 maja 2014

ROZDZIAŁ 3. "Jak to nie żyje?!"

 Przez głowę przemknęło mi tysiące myśli. Oczywiście o chłopakach. To ich nie było w domu. Pojechali i co? 
 Czemu oni nic nie mówią?! Aaa... Zadali pytanie... 
-Tak, to ja...
-Musimy zabrać panią na przesłuchanie. 
-W jakiej... sprawie? - zapytałam słabo. 
-W sprawie zabójstwa pani Tessy Stanley. 
-Słucham? To chyba pomyłka... Przecież Tess żyje... Widziałam się z nią dzisiaj... Jak... 
-Przykro nam, ale pani Stanley nie żyje. 
-Jak to nie żyje?! - poniosły mnie nerwy. 
-Dobrze się pani czuje? - zapytał młodszy towarzysz komisarza McCampbella. 
-A jak by się pan czuł, gdyby dowiedział się pan o śmierci bliskiej osoby?! - uniosłam się, a po chwili poczułam się jeszcze gorzej i musiałam oprzeć się o ścianę. 
-Przepraszam. Rozumiem, ale musi pani stawić się na komisariacie... Proszę przyjść jutro. 
-Nie, nie... Jutro tym bardziej nie dam rady... Chwileczkę... - wzięłam płaszcz i wyszłam za policjantami.

~*~
-Więc... Nic więcej pani nie wie? 
-Nie... - odpowiedziałam drżącym głosem. 
-Dobrze, może pani już jechać do domu. Tylko może lepiej niech ktoś po panią przyjedzie... I dziękujemy, bardzo Nam pani pomogła. Do widzenia. 
-Oby nie... - szepnęłam do siebie. 
 Usiadłam na krzesełku i wzięłam kilka głębokich oddechów. Chciałam zadzwonić do Nathana, ale dziwnym zbiegiem okoliczności zrobił to pierwszy. 
-Kat, gdzie jesteś? Dlaczego nie ma Cię w domu? - mówił zmartwiony. 
-Nath... - tylko tyle udało mi się powiedzieć. 
-Katie... Co się stało? Dlaczego płaczesz? I gdzie jesteś? - pytał przestraszony.
 -Ja... Na komisariacie...
-Co? Jak? Dlaczego?
-Tess... Nie żyje...
-Jaka to ulica?
-To jest obok szpitala... Edgware Rd. Kilka ulic od nas.
-Zaraz będę... - wyszeptał.
-Mhm...
 Teraz pozostało mi jedynie czekanie...

~*~


-Kat! - podbiegł do mnie i od razu przytulił.
 To Tess zawsze mnie wspierała, a teraz jej nie ma...
-Jedźmy już... - mocniej wtuliłam się w chłopaka i wyszliśmy z budynku.  Po chwili jechaliśmy do domu.
-Nathan...
-Tak? - zapytał nieobecnie.
-Ktoś musi zawiadomić Jay'a...
-Wybacz skarbie, ale ja... Nie potrafię.
-Ja mam to zrobić?!
-Katy... Spokojnie.
 -OK. Dzwonię... - wybrałam numer.
-Słucham?
-Wiesz już?
-Ale o czym?
-Czyli nie wiesz... - szepnęłam.
-Kate. Co się stało? - zapytał niespokojnie.
-Ja... Nie wiem... Nie wiem... Jak Ci to powiedzieć... - rozpłakałam się. - Tess...
-Co się stało z Tess?!
-Ona... Nie... Nie... Nie żyje - wyszeptałam przez łzy. 
 W telefonie zapadła głucha cisza. 
-Jay? -Mhm? - powiedział, przez zaciśnięte gardło. - Przyjadę do Was.

~*~ 

 Siedzieliśmy wszyscy przy kominku w naszym salonie. Wyzuci z łez. Gdybyśmy mogli jeszcze płakać... Na pewno byśmy płakali. W pokoju panowała cisza. Nikt nie chciał jej przerywać... Najgorsze było, że nikt z Nas nic nie wiedział. Co się stało... Jak... Jak ktoś mógł ją zabić? Co takiego zrobiła?! Czy ktoś w ogóle mógł nienawidzić takiej miłej i uczynnej osoby? Widocznie tak. A może to był jakiś przypadek? Nie wiedzieliśmy. Mogliśmy tylko myśleć, mieć swoje zdanie, ale żadnej pewności, nawet kilkuprocentowej... Policja nie chciała nic powiedzieć. Może sami nie wiedzieli... Siedzieliśmy tak do późna. Nikt nic nie mówił, ale pomimo tego nikt nie chciał by być teraz sam.
 Pamiętam, że oparłam głowę o Nathana i zasnęłam. 
 
~*~ 

 Kolejne dni mijały monotonnie. Nadal nic nie wiedzieliśmy. Policja przesłuchała wszystkich, ale żadnemu z Nas nic nie powiedzieli... Nie wiadomo było nawet, kiedy będzie pogrzeb Tess, bo przecież trzeba zrobić te wszystkie analizy, badania, sekcje... Po prostu jak w koszmarze. Nasz piękny, szczęśliwy świat został zburzony... Szybko wzięłam pilot i przełączyłam kanał. Myślałam, że jeśli znajdę jakiś ciekawy film, czy program, to chociaż na chwilę zapomnę... Ale niestety los mnie chyba nienawidził... Utwierdziłabym się w tym przekonaniu, gdybym wiedziała, co mnie jeszcze czeka... Co takiego mi przygotował i na jak wielką próbę mnie wystawi... W telewizji ciągle leciały filmy kryminalne, których po prostu nie potrafiłam oglądać... I ciągle wiadomości, fakty... Na prawdę?! Zawsze muszę trafiać na temat tajemniczego zabójstwa w Londynie?! Minęło już 5 dni, a oni dalej ciągnęli ten temat... Po co? To w niczym nie pomoże. Nie pomoże Tess, nie pomoże mam. Tylko zaszkodzi...
 Musiałam iść do pracy - skończył mi się urlop... Szybko pozbierałam się, pożegnałam z Nathanem i wyszłam z domu. Pracowałam jako managerka firmy projektującej ubrania. Praca była dla mnie dość lekka, ale nie wiedziałam jak przeżyję ten pierwszy dzień od czasu śmierci Tess... Czy dam radę się skupić, czy po prostu będę cały czas o tym myśleć... A może praca pozwoli mi zapomnieć chociaż na chwilę o koszmarze, który mnie otaczał?... O złych snach, które stały się ciemną i smutną rzeczywistością?... Zapomnieć? Nie... To nie jest możliwe... Mogę się łudzić do ostatniej chwili, a i tak nie będę potrafiła wymazać tego z pamięci choćby na moment. Nie myśleć o tym, nie zadawać sobie ciągle pytań dlaczego... Niestety. W ciągłych rozmyślaniach dotarłam do pracy. Gdy tylko otworzyłam drzwi podbiegła do mnie koleżanka. 
-Katy... Jak ty przyszłaś dzisiaj... Dobrze się czujesz? 
-Margaret... Nawet nie pytaj... - pokręciłam szybko głową. 
-Rozumiem... Nie chcesz pójść do domu? 
-Nie, nie... W domu jest jeszcze gorzej. 
 -Dobrze... To... Musisz iść do szefowej i wziąć plany na dziś i w ogóle... Mam nadzieję, że sobie poradzisz... - nie bardzo wiedziała jak ze mną rozmawiać. 
 Nigdy nie widziała mnie tak zrezygnowanej... Zawsze tryskałam pozytywną energią i zarażałam nią wszystkich. Nic nie potrafiło mnie załamać, ale to było za dużo... Przerosło mnie i nie potrafiłam się pozbierać... Wzięłam wszystko co było potrzebne i poszłam do swojego gabinetu. Wszystko robiłam szybko. Dużo telefonów, dużo zamówień... Ale i to nie pozwoliło mi nie myśleć o tym, co dzieje się w około nas... Pewnie właśnie dlatego - że dzieje się w około nas... Jak najszybciej opuściłam budynek, żeby uniknąć rozmowy z kimkolwiek... Ale najgorsze czekało na mnie na zewnątrz... Tłumy reporterów. No tak... Myślą, że ja wiem więcej niż oni?! Mnóstwo pytań, mnóstwo osób... Zero odpowiedzi. Minęłam ich szybko i złapałam taksówkę.
  Chwilę później byłam w domu. Panowała przeraźliwa cisza... Aż szumiało w uszach. Wszędzie panował bałagan. Wbiegłam na górę, do sypialni. 
-Nathan? Jesteś tu? - zapytałam, a mój głos odbił się echem. 
 Po chwili chłopak podszedł do mnie. Wyglądał strasznie dziwnie... 
-To on zabił Tess... Teraz czyha na nas...

______________________________________________________
Heeeeeeeeeeeeeeyy!! Udało mi się :P
Dzisiaj też starałam się szybko, ale chyba jest dłuższy..
No dobra ;) Dłuższy, ale to wcale nie znaczy,że lepszy. Moim zdaniem to mogło by wyglądać duuużo lepiej. Ale opinię zostawiam Wam. :D
Do Zobaczenia, Buziaki , Pa pa <3

 

poniedziałek, 5 maja 2014

ROZDZIAŁ 2. "CZAS NA SELFIE!"

 Obudziłam się wcześnie rano. Cichutko podniosłam się z łóżka i ubrałam szlafrok. Nie chciałam obudzić Nathana, który spał w bardzo dziwnej pozycji z tułowiem i głową nad podłogą, a nogami ułożonymi skośnie na łóżku. Gdy już wychodziłam zadzwonił mój telefon. Nathan gwałtownie się poderwał, co skończyło się bliskim spotkaniem z podłogą. 
-Aaauć! Kto?!... 
-Tom... - powiedziałam i odebrałam. - Tak słucham? 
-No cześć, Katy! 
-No hej, Tom. 
-Mam nadzieję, że Cię nie obudziłem. 
-Ja też... 
-Co? - zapytał zdziwiony. 
-Nic... - zaśmiałam się. 
-No to... Ten, właśnie... Mam nadzieję, że Cię nie obudziłem... 
-Mnie nie - mruknęłam. 
-Aha... Nath? 
 -Mhm... A po co dzwonisz? - zapytałam wesoło. 
-Więc tak... Wzięliśmy sobie do serca to co nam powiedziałaś... - powiedział, a ja zaczęłam się zastanawiać, co takiego im powiedziałam... - I... - kontynuował. - Postanowiliśmy dzwonić, kiedy chcemy przyjść na obiad! - oświadczył uroczyście.
 Wybuchnęłam śmiechem. 
-Taaak... Tommy... I pewnie dzisiaj chcecie przyjść? 
-Możemy? - zapytał komicznie słodkim głosem. 
-Możecie, tylko po 3, bo idę na zakupy z Tess i w ogóle... 
-Ale Nathan przecież będzie... Tak? 
-Może lepiej przyjdźcie po 3... Okay? 
-Dobra... Ale co my będziemy robić do tak późna? 
-Nie wiem, muszę kończyć Tom. Pa pa. 
-Pa pa - usłyszałam po drugiej stronie i rozłączyłam się. 
-Tom... Przyjdzie? 
-Mhm... Ale skarbie... Będę Cię bronić - zaśmiałam się i pocałowałam go. - Ja idę na dół, a ty skarb idź spać. 
-Mmm... 
-Kolorowych! - rzuciłam i wybiegłam z pokoju. 
 Świat był taki piękny... Wszystko mi się wspaniale układało. Miałam chłopaka, a właściwie narzeczonego, przyjaciół, dom, szczęście i nadzieję... A ona jest bardzo ważna, chociaż czasami zawodzi. Już po chwili usłyszałam spokojny, miarowy oddech Nathana. Zasnął. Uśmiechnęłam się do siebie. "Mój najdroższy skarb" - przebiegło mi przez głowę. Gdy weszłam do kuchni, znów usłyszałam znany mi dzwonek i huk. 
-Dlaczego on zawsze spada z łóżka, gdy dzwoni mój telefon? - zapytałam sama siebie i pobiegłam odebrać. 
-Tess! - krzyknęłam do słuchawki. 
-Kate... Jak my dawno nie rozmawiałyśmy! Ale dzisiaj to nadrobimy. 
-Ale chyba podobało ci się w Europie? 
-Było cudownie! Ale opowiem ci wszystko, kiedy się zobaczymy. No właśnie. Pamiętasz o spotkaniu? - mówiła ożywiona. 
-No oczywiście! Widzimy się niedługo. Pa pa! 
-Pa pa! Buziaki!



-Kto mnie znowu obudził? - wymamrotał Nathan. - Już nie zasnę... 
-Zaśniesz, zaśniesz... Tess raczyła cię obudzić - zaśmiałam się. - No. To teraz dla odmiany życzę słodkich snów! 
 Szatyn, pomimo zapewnień, że już nie zmruży oka, zasnął natychmiast, a ja poszłam coś zjeść i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia. Zostawiłam śniadanie Nathanowi i wyszłam z domu.
 Szłam wesoło ulicą. Potrącałam ludzi, którzy spokojnie mogli uznać mnie za wariatkę, bo ciągle się śmiałam i uśmiechałam do wszystkich. Skierowałam się do kawiarni, w której czekała na mnie Tess. Tak, czekała - nie pomyliłam się. 
-Aaa... Tess!... - pisnęłam i przytuliłam mocno przyjaciółkę. 
-Hej, Katy!... Jak się cieszę, że Cię widzę! 
-Ja też... Ale dobra. Siadaj, kochana i opowiadaj. Jak było?! 
-CU-DO-WNIE! 
-Twoja odpowiedź jest taka... rozbudowana - zaśmiałam się. 
 -No już, już... - zawtórowała mi. - Tylko trochę się pozbieram w całość, bo... Aaa!... No tak się cieszę! 
-Zbieraj się, tylko szybko, bo chcę wiedzieć, gdzie pojechać w podróż poślubną! 
-Poślubną?! Aaa! Ty wredna! Jak mogłaś?! - mówiła podekscytowana. - Oświadczył się?! 
-Tessy, spokojnie! Tak, tak! Zupełnie... Wariuję! Niedługo się pobieramy... 
-No i już wiesz, kto będzie Twoją najlepszą, najpiękniejszą i najcudowniejszą druhną? 
-No oczywiście! - zaśmiałam się. - Tylko mnie nie skompromisuj*! 
-Oooh, ty... Ale przynajmniej już wiadomo, że jestem najlepszą, najpiękniejszą i najcudowniejszą druhną! - powiedziała z udawaną dumą. 
-Wątpiłaś w to? 
-Szczerze? Niee. 
-Jak zwykle... - przewróciłam oczami, ze śmiechem. - Ale, ale! Miałaś opowiadać! 
-Europa... Tak pięknie... No dobra... Ja wiem - my też mieszkamy w Europie - zaśmiała się, chowając twarz w dłonie. - Ale wiesz, o co mi chodzi... No, więc. Tam było tak pięknie... Tylko najgorsze było to, że byłam tam bez Jay'a... - wykrzywiła usta w podkówkę. - Ale... Ooo... Znów "ale"! Ale najważniejsze, że już wróciłam!
-No, ale byłaś z braciszkiem! No właśnie... Co zwiedzaliście z Army'im? - zapytałam. - Coś, coś... Koloseum? 
-Tak! Na serio... Mam tyle zdjęć... Podróż życia! - mówiła, żywo gestykulując. 
 Zaczęła opowiadać o wszystkich miejscach, które odwiedziła i ogólnie o całej wycieczce. W kawiarni byłyśmy do południa, a później poszłyśmy do kina, na lody, do parku... A o godzinie 3 musiałam wracać. 
-Tess, chodź ze mną! - namawiałam przyjaciółkę. 
-Bardzo bym chciała, ale nie mogę... 
-Tessy... - zrobiłam słodkie oczka. - Jay przyjdzie... 
-Kusząca propozycja - zaśmiała się - ale na prawdę nie mogę. Obiecuję, że przyjdę jutro! - przyłożyła rękę do serca. - Zaraz po spotkaniu z Jay'em. 
-Ach, wy... No dobra, to do zobaczenia, jutro! - przytuliłam ją na pożegnanie. - Trzymaj się! 
-Pa pa, Kat! - roześmiała się i obie skierowałyśmy się do swoich domów.

 ~*~ 

 Około 10 minut później wchodziłam przez bramę na podwórko. Kiedy wchodziłam po schodach, drzwi się otworzyły i wyszedł przez nie Nath. 
 -Spóźniłaś się 10 minut, skarbie... - powiedział załamanym głosem. - Może wcześniej dałabyś radę uratować nasz dom... 
-Co?! 
-Jak można w 10 minut tyle zniszczyć? - zapytał bardziej siebie, niż do mnie, siadając na małej ławce, oddychając głęboko i dodał już do mnie: - Uważaj na drzwi... 
 -Aha...? - odpowiedziałam i weszłam do holu. - Tom? - rozejrzałam się i poczułam coś pod stopą, ale zanim zdążyłam się zorientować, runęłam na podłogę. - Tom! 
-Tak, Katy? 
-Co to jest? 
-Yyy... - wyszedł z przypalonym garnkiem w ręku. - Drzwi? 
-Ale dlaczego leżą na podłodze?! 
-Zerwały się zawiasy... - zrobił minę niewiniątka. 
-Tak... Same się zerwały... A co robisz? - zapytałam, wchodząc za nim do kuchni. 
 -Wyręczam Cię. No, bo ty codziennie to robisz... I w ogóle... 
-Nie wiedziałam, że codziennie przypalam garnki i psuję mikrofalówki... - spojrzałam na dymiący sprzęt, za brunetem. 
-Eeemm...
-Co ty zrobiłeś z tą mikrofalówką?! 
-Chciałem zrobić obiad... 
-W mikrofalówce? - spojrzałam na niego, unosząc brew. - Aha... Boję się. 
-Nie bój się! Wszystko pod kontrolą! - machnął ręką do tyłu, parząc ją o spaloną mikrofalówkę. -Aaaał!...  
 Zaczął machać rękami i skakać, po czym wpadł wreszcie na to, żeby włożyć rękę pod zimną wodę. Niestety, nie miał za wiele szczęścia, bo prędkość z jaką próbował odkręcić kran, spowodowała oderwanie całej baterii... Tak - Tom = nieszczęście i zniszczenie. Woda zaczęła tryskać w powietrze i zalewać całą kuchnię, ale nie dało jej się zakręcić. Wybiegłam na zewnątrz i zakręciłam wodę w całym domu. 
-Co się znowu stało? - zapytał Nathan. 
-Dlaczego Tom ma właśnie takie imię, a nie... Hmm... Na przykład: klęska, katastrofa, tragedia?... - zapytałam tylko.
-Co zrobił? 
 -Ależ nic! Tylko doradź mi. Kazać mu sprzątać, czy lepiej unikać dalszych katastrof? 
-Unikać! Ja Ci pomogę... 
-Dziękuję. Chodźmy już lepiej, bo jego nie można zostawiać samego nawet na chwilę... 
 Wbiegliśmy do domu i poszliśmy korytarzem pod drzwi kuchni. 
-STOP! - powiedziałam. 
-Prosimy uważać, teren zagrożony? - zaśmiał się Nath. 
-Świetnie to ująłeś... Okay, chodź. 
 -Mission impossible! 
-Same trafne teksty... - pokręciłam głową. - Tom? 
-Ooo, jesteś! Jak widzisz... Naprawiłem ten kran, kiedy wyszłaś... Tylko jeszcze nie wiem jak to nałożyć... - wziął do ręki to co zostało z baterii. - Ale woda już nie leci! 
-Tak, Tom... Ty naprawiłeś... Wmawiaj sobie... - mruknęłam. - A co robisz? 
-Włożyłem właśnie kurczaka do piekarnika... 
-To też chcesz nam spalić? 
-Co? -Nic, nic... 
  Zadzwonił dzwonek. 
-To pewnie Jay i Max próbują być kulturalni... Idźcie otworzyć. I nie życzę sobie niczyjej obecności w kuchni. 
-To nie koncert życzeń... - odpowiedział Nath. 
-A ja nie życzę sobie, żeby mój kochany piekarnik ucierpiał! - krzyknęłam i poszłam razem z Nathanem otworzyć drzwi. 
-Cześć Nathan, Cześć Katy! - przywitali nas wesoło Jay i Max. 
-Hej... - przytuliłam obu. - Piliście, ćpaliśćie? 
-Taaak... - odpowiedział Max. 
-Nieee... - zaprzeczył mu w tym samym czasie Jay. 
 Wtedy zaczęli szeptać między sobą, po czym odezwali się zgodnie: - Nie.
-Czyli tak - skwitowałam. - Zapraszam!
-Dziękujemy, dziękujemy... 
-Proszę bardzo... Tylko... - zaczęłam. -Uważajcie na drzwi! - dokończyliśmy wspólnie z Nathanem. 
-Co? - zapytali jednocześnie, ale tylko Max spojrzał w dół i zastosował się do naszego ostrzeżenia. Co do Jay'a, to tak samo jak ja runął na podłogę... 
-Co to ku*wa jest?! 
-Chyba drzwi... - powiedział Max, wnikliwie przeglądając cały hall. 
-Dobra, Jay. W porządku? Chodźcie do środka. 
-Jest już prawie OK - odpowiedział loczek, gładząc lekko potłuczony nos.
-Na pewno? 
-Tak, tak... To gdzie? 
-Do salonu... Kuchnia teraz przeżywa tortury. Nie chcesz na to patrzeć... 
-Tom już przyszedł? - zaśmiał się Max. 
-A nie słychać? - również zaśmiałam się, bo z kuchni doszedł właśnie łomot upadających przedmiotów i przekleństwa Toma. 
-Jakby co, to widziałem, że sprzedają całkiem ładny dom niedaleko - odezwał się Jay. 
-Mówiąc "niedaleko" co tym razem masz na myśli? - zapytał Nath. 
-Yyyy... Tak mniej więcej... No... Drugi koniec miasta... - poddał się. 
-Aha, to dzięki, ale może poszukamy czegoś bliżej... - odpowiedział Nathan. 
-Nie, nie! - zaprzeczyłam mu. - To jest świetne rozwiązanie! 
-Właściwie... - zastanowił się Nath. - Ale OK... Dom jeszcze jest cały... 
-JESZCZE - podkreśliłam. - No dobra, to co robimy? 
-Moglibyśmy w coś pograć... - namyślił się Jay. - Albo... 
-Co? - zapytaliśmy zaciekawieni. 
-Nie wiem - wzruszył ramionami loczek. 
-Okay. W co gramy? 
-Yyyy... Może... 
-Może... 
-Yyyy... - odpowiedzieli bardzo podobnie. 
-Świetny pomysł! - zironizowałam. - Obejrzymy coś. 
-Właśnie to chciałem powiedzieć! - powiedział Max, pstrykając palcami. 
-Wymyślając, w co można grać? - zapytałam, śmiejąc się. 
 -Yyyy... A ty to co? 
-Ja miałam tylko słuchać propozycji... No, ale wiesz... Pech, żadna mi się nie spodobała... - powiedziałam i włączyłam przypadkowy kanał. 
 Jak się okazało Disney Channel... Który oglądaliśmy, przez następne 45 minut, kiedy to... No właśnie. Usłyszeliśmy nagle huk, jakby uderzenie pioruna. Wpadliśmy do kuchni, gdzie Tom stał na środku z opadniętą szczęką. 
-Tom. Co. Ty. Zrobiłeś? - zapytałam, oddzielając słowa. 
-No... Przypaliło się i w ogóle było za gorące... No i złożyłem do lodówki. 
-Tom. Mam pytanie. 
-Słucham? 
-Czy ty jesteś normalny? 
-Nie. 
-Po co pytałam... Dobra... Trzeba to... 
-CZAS NA SELFIE! - wyrwał się Tom. 
-Selfie z lodówką bez światełka?
-Yyyy... Tak! To takie niezwykłe i niespotykane! - "pisnął". 
-I takie... Cool!... - dokończyłam tym samym, ale sarkastycznym tonem. 
-No wiadomo... - uśmiechnął się. 
-No to może teraz pójdziecie i grzecznie pooglądacie sobie "Sam&Cat", a ja posprzątam i zrobię obiad, bo jest już 4... 
-Mhm! - pokiwali zgodnie głowami i pobiegli do salonu, tylko Nath został, żeby mi pomóc. 
 Okazało się, że nie jest najgorzej... Tom tylko... Zepsuł mikrofalówkę, wypalił dziurę w piekarniku, spalił lodówkę i rozwalił kran... Nie, nie... Nie jest źle. Po godzinie zawołałam ich na obiad, a później postanowili pojechać po Sivę i wybrać się do klubu na imprezę. Niestety, ja nie miałam wcale ochoty, więc udało mi się jakoś udobruchać Nathana i zostać w domu. Po 7, gdy kończyłam już sprzątanie, rozległ się dzwonek.  
 Kiedy otworzyłam drzwi pobladłam. 
-Dobry wieczór, komisarz McCampbell. Pani Katherine Lester? - zapytał mnie mężczyzna w mundurze, stojący obok swojego towarzysza. 
 Czułam, że robi mi się słabo...


*skompromisuj - skompromituj
______________________________________________________________
Heyyy!! Po nieobecności powracam z rozdziałem... Dziękuję wszystkim za komentarze, liczę na jakieś pod tym rozdziałem... Ale co do niego, to nie wypowiem się, bo jest... Średni. Albo gorzej :/
A co do treści....Końcówka. Zdradzę tylko, że wprowadzi niemałe zamieszanie w życiu Natherine.
Obstawiajcie co mogło się stać xD
Dziękuję jeszcze raz, przepraszam za tak długą nie obecność i mam nadzieję, że Wam się spodoba, nie zważając na moją opinię ;)
                                                   

Kocham, pozdrawiam
Kasia M.