czwartek, 19 czerwca 2014

ROZDZIAŁ 6. "Z krwią na bucie!"

Wysiadłam cicho z samochodu i zarzuciłam na głowę kaptur z nadzieją, że nikt mnie nie pozna. Byłam całkiem roztrzęsiona. Po policzkach spływały zmieszane z rozmazanym tuszem, czarne łzy. A to wszystko z jednego powodu. Oskarżono mnie o zrobienie czegoś, czego nie zrobiłam i nigdy nie byłabym w stanie zrobić. Zabić Tessy? Moją najlepszą przyjaciółkę, którą kochałam i kocham nadal, pomimo że już jej nie ma... Zadawałam sobie kolejne pytania. Ale to przecież nic nowego... Przez ten krótki, aczkolwiek zbyt bardzo dłużący się czas zadałam sobie więcej pytań niż w ciągu całego życia. W przeważającej większości były to pytania bez odpowiedzi...
Jak można było wymyślić coś tak absurdalnego? Skąd w ogóle może przyjść do głowy coś takiego? Jak można aresztować niewinnego człowieka? Dodatkowo bez dowodów! Z każdą nową łzą w mojej głowie rodziło się kolejne pytanie. Niestety – znów bez odpowiedzi.
Szurając nogami po chodniku, przeszłam przez bramę i podwórko, a następnie weszłam razem z moimi 'towarzyszami' do budynku.
-Teraz pójdziemy na przesłuchanie – usłyszałam jak przez mgłę, bo znów odpływałam w otchłań ciągłych problemów i pytań.
Kolejne przesłuchanie... Zupełnie niepotrzebne, bo powiedziałam wszystko ostatnio. I właśnie to mogłam im powiedzieć. No i właściwie właśnie tak postanowiłam. Gdybym znów miała powtarzać całą historię, którą mają już zapisaną, najprawdopodobniej załamałabym się.
Weszłam do jasno oświetlonej sali. W lewym rogu stało biurko z hebanowego drewna i dwa krzesła, a po prawej stronie od drzwi stał ciąg białych regałów i szafek, wypełnionych różnymi segregatorami, teczkami i stertami papierów, ułożonych alfabetycznie. Ściany były białe, a lampy zawieszone na suficie raziły swoim mocnym blaskiem. Przez jedyne okno, zakryte częściowo metalową kratą wpadało światło latarni ulicznej. Całe pomieszczenie wydawało się być puste, nieprzyjazne i wręcz wiało od niego chłodem, przenikającym nieprzyjemnie wnętrze mojej duszy. Jeden z policjantów kazał mi usiąść na jednym z wspomnianych wcześniej krzeseł. Nieprzytomnie zrobiłam to co kazał i czekałam na ciąg dalszy. Po chwili zajął miejsce naprzeciwko mnie i przyglądał się, stukając długopisem o blat biurka. Przygotowywałam się na serię pytań, ale te nie następowały. Mijały kolejne minuty, a funkcjonariusz wciąż tylko patrzył na moją lekko przygarbioną postać, skuloną na krześle i rozglądającą się po pokoju. Nie mogłam nigdzie znaleźć zegarka, więc nie wiem dokładnie ile czasu minęło, aż odważyłam się przerwać dręczącą i ciężką ciszę.
-Na co czekamy? - zapytałam cicho, prawie szeptem.
-Na świadka – odpowiedział krótko i znów powrócił do równomiernego uderzania przedmiotem o ciemne drewno biurka, które przerwał, gdy zadałam pytanie.
Świadka? Jakiego świadka? Świadka czego? Kto mógł Nim być? I co ma do powiedzenia? Czy to będzie coś przeciwko mnie? Powie prawdę czy skłamie? Pogrąży mnie czy poprawi moją sytuację? A może pomoże mi i wyciągnie stąd? Ale może jednak przyjdzie tu, żeby zamknąć mnie na 25 lat w kryminale z jakimiś wytatuowanymi mordercami? Zna mnie? A może nie zna? Może nienawidzi i chce się mnie pozbyć? Ale... może jednak jest jak przyjaciel i obroni mnie? - w mojej głowie kreowały się coraz to nowe wątpliwości... To po prostu nie możliwe, żeby do zaledwie dwóch słów znaleźć tyle pytań... Ale w dalszym ciągu powstawały kolejne!
Czas oczekiwania coraz bardziej się dłużył. Na niebie wyraziście świeciły gwiazdy. Czułam, że jeżeli nie przyjdzie zaraz, ja zasnę... Kiedy już zamykałam oczy, drzwi otworzyły się, ale zobaczyłam tylko cień, chyba dziewczyny. Cień, który coś mi przypominał. Rozmowa o Hiszpanii... Wszystko się rozjaśniło.
To on zabił Tess... Teraz czyha na nas...”
Ale czy na pewno ON?
A może ONA?
Do sali weszła niska brunetka z wysokim kucykiem na głowie, sztucznymi rzęsami i toną 'tapety' na twarzy. Ubrana była w czarną, krótką sukienkę, różowy sweterek i wysokie białe szpilki. Wyglądała, jakby sztuczną słodkością chciała ukryć swoje prawdziwe oblicze. Przeszła przez pomieszczenie z wyższością wymalowaną na twarzy i widoczną w ruchach. Chwilę później dołączył do niej drugi policjant i chłopak, którego jeszcze nie widziałam. Uśmiechnął się do mnie ciepło i postawił krzesła, które przyniósł. Jedno z nich zajęłą dziewczyna, która miała zeznawać, a drugie komisarz. Czując na sobie nienawistny wzrok dziewczyny, wiedziałam, że jej zeznania nie wpłyną na moją korzyść. Coś wewnątrz mnie mówiło mi, że to ona zabiła Tess. Nie wiem. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam wyrzucić tego z głowy. Całą mną zawładnęły wizje tej dziewczyny i Tess. Brunetka uderzała czymś moją przyjaciółkę, po czym ta upadała nieprzytomnie na ziemię, żeby więcej się nie podnieść... Później miejsce ciężkiego przedmiotu zajmował nóż, pistolet... Pokręciłam szybko głową, a z mojego oka spłynęła łza, co zwróciło uwagę zebranych. Popatrzyli na mnie chwilę, po czym przystąpili do przesłuchania. Zaczęli od podstawowej procedury.
-Imię i nazwisko?
-Isabella Mercer.
To było jedyne, co usłyszałam zanim moje własne myśli nie zagłuszyły wszystkiego dookoła. Nie słyszałam nic, aż mojej uwagi nie przykuło pytanie „Co działo się tamtego dnia?”.
-Więc – zaczęła i oparła się na krześle, jakby przygotowując do dłuższej historii. - Tamtego dnia na początku... yy... nie działo się nic ciekawego... Rano poszłam do kosmetyczki. Zrobiła mi wspaniały pedicure! Wiecie, teraz mam taki sam, mogę pokazać! - zaczęła zdejmować lakierowane buciki.
-Obędzie się – wstrzymał ją funkcjonariusz.
-Emm... Na czym to ja... - udawała speszenie. - Aha! Później zrobiła mi też manicure i w ogóle to wszystko idealnie... A jak makijaż robi.... Jeżeli chcecie to... mogę wam dać adres. Szczególnie Tobie by się przydało – zwróciła się do mnie z 'troską'.
-To może zacznijmy od godziny 2 po południu?
-A nie chce pan posłuchać o fryzjerce? Trudno – machnęła ręką.
Zaczęłam bardzo dociekliwie zastanawiać się czy ona taka jest, czy tylko udaje...
-No więc. Około godziny 2 wyszłam z domu. Miałam dość ważną sprawę do załatwienia. Kiedy wracałam około 4, przechodziłam obok bloku Tessy – opowiadała żywo. - I ja przechodzę... A tam ta oto KATHERINA wychodzi rozpromieniona z domu! - na jej słowa moje oczy się rozszerzyły. - Z krwią na bucie! Wbiegłam do domu i rzeczywiście! Moja Tessa leżała nieruchomo na ziemi! Nie żyła! - załkała jak małe dziecko, wciąż machając rękami. - Dobrze, że zrobiłam sobie zastrzyki na niezmywalny i trwały makijaż... - zakończyła swą opowieść, a ja siedziałam skamieniała i wbita w krzesło.
-Teraz Ty. Masz coś do powiedzenia? Nie?
-Mam – przerwałam stanowczo. - Ale do niej.- skinęłam na Isę. - Dlaczego Ty mi to robisz? Dlaczego kłamiesz? Jaki masz w tym cel,co? Tak Ci smutno, a nawet nie znałaś Tess! Kim Ty w ogóle jesteś?! I jak możesz... - zalałam się łzami. - Dlaczego chcesz zrujnować moje życie?! Dlaczego chcesz mnie zniszczyć?! Nienawidzę Cię. - ostatnie słowa powiedziałam przez zęby.
Dziewczyna zaśmiała się, po czym świadoma swojego błędu odwróciła przerażony wzrok w kierunku funkcjonariuszy. Ci tylko zmarszczyli brwi.
-Chcesz coś jeszcze dodać? - jeden z nich zwrócił się do mnie.
-Tak. O godzinie 4 byłam w domu. Moi przyjaciele mogą zaświadczyć, że mówię prawdę, bo byli ze mną. A poza tym to chyba nawet nie muszę mówić, że ta dziewczyna kłamie..
-Rozpatrzymy to... - westchnął policjant. - Dobrze, pani może już iść – skinął na brunetkę. - A panią odprowadzimy na razie do celi.
-Na razie? A później? Ja nie chcę tu siedzieć bezczynnie, w dodatku za niewinność!
-To jeszcze zbadamy.
-A teraz... idziemy – pociągnął mnie do drzwi.

_________________________________________________
Sorry za beznadzieję i zero odp, ale nie mam czasu a tym bardziej weny. Jeszcze raz przepraszam, dodaję to coś.
Może, podkreślam MOŻE Wam się spodoba, ale mi nie :?
Okay, zobaczymy co z nextem, a tymczasem..
Bye i mimo wszystko mam nadzieję, że ujdzie :*

niedziela, 8 czerwca 2014

ROZDZIAŁ 5. "Katy... Wyciągnę Cię przecież"

-Jak to - z Wami?! Jak to aresztowana?! Wy chyba... Nie chcecie mi przez to powiedzieć, że uważacie, że to ja zabiłam Tess?! Moją najlepszą przyjaciółkę?! Była dla mnie jak siostra! Jak możecie?! - łkałam.
-Różne przypadki zdarzają się w naszej branży. I siostry się zabijają.
-Ale nie ja i Tess!
-Proszę się uspokoić...
-To ja pana proszę. Niech mi pan nie każe się uspokajać... - przymknęłam oczy. - Dlaczego myślicie że to ja?! Przecież nie macie na to żadnych dowodów! Dlaczego?! Dlaczego?? ... jak... - oparłam się o drzwi, bo poczułam, że zaraz upadnę.
-Dobrze się pani czuje?
-Jak pan może w ogóle o to pytać? Jak się czuję?! FATALNIE!!
-Dobrze proszę spokojnie też pójdzie z nami...
-Po co?! To nie ja.. Jak mogłabym zrobić coś mojej przyjaciółce?!
-Wychodzimy!
-Gdzie w ogóle jest Natan? Martwię się o niego!! Jeżeli ja nie mogę.. to wy!
-Dobra ja pójdę to sprawdzić, a ty ją zabierz. I trzeba je podać leki na uspokojenie... Czy narkotyki... Byle szybko...
-A ty mnie puść chyba się utrzymam, tak?!
-Proszę się nie ruszać, bo będę zmuszony...
-Nie biję, nie zabijam, ale gryzę – uprzedzam.
- A masz wściekliźnę? - zaśmiał się kpiąco.
- K***a, no! - jak powiedziałam, tak zrobiłam... Z zasadą „Wszystko, żeby się wydostać”....
- Aaał, no!! - zaczął się szarpać, jednocześnie próbując mnie obezwładnić .
-PÓJDĘ. SAMA. JASNE?! - oddzielałam słowa -I mam nadzieję, że przyjechaliście normalnym samochodem .
-W sumie to... tak, ale pójdzie pani wreszcie?!
-Nathy!! - krzyknęłam, widząc mojego chłopaka schodzącego po schodach.
-Proszę się uspokoić złapał mnie za rękę.
-Zostaw mnie! - wrzasnęłam . -Nathan!!!
Wyrwałam się policjantowi i przywarłam do chłopaka.
-Takie zachowanie jest karalne!
-Skarbie, co się dzieje?! O co im chodzi ... Katy, spójrz na mnie...
-Nathy... - wtuliłam się mocniej w chłopaka. - Zrób coś...
-Wystarczy już tej całej zabawy. Idziemy - powiedział jeden z dwóch denerwujących mnie tutaj ludzi. Teraz wkurzył mnie jeszcze bardziej.
-Zapytałem Was. O co chodzi?!
-Mamy nakaz aresztowania – wzruszył ramionami policjant. -Przykro Nam, ale takie są nasze obowiązki...
-Chcecie aresztować moją Katy?! Przecież... Ale niby za co?
-Pani Katherine Lester jest podejrzana o zabójstwo Tessy Stanley... - odpowiedział znudzonym głosem.
-To jest śmieszne... Co za głupoty. Kto to w ogóle wymyślił?!
-Mamy nakaz.
-Katy... Wyciągnę Cię przecież – zwrócił się do mnie mój chłopak.
-Ale Nathan... Mieliście jechać... Boję się o Ciebie. Nie możecie tu zostać, kiedy on jest na wolności!
-Katie...
-Jedzcie beze mnie, proszę Cię...
-Nie, Kat. Ja nigdzie się nie ruszam.
-Nathan... - szepnęłam.
- Boję się o Ciebie...
-Nie bój się. Jeszcze jutro wyjedziemy razem.
-Pamiętaj tylko, że Ci ufam...
-Ja też, bezgranicznie.
-No już! Obudził nas komisarz.
-Kocham Cię... - szepnął mi do ucha.
-Ja Ciebie też... - pocałowałam go i wyszłam z domu, prosto do samochodu...

___________________________________________________
Bla, bla... Dobra.
Dziękuję Wam bardzo za te komentarze. Szczególnie Tobie, willow.
Więc tak. Krótki, ale większość się wyjaśniła.
Byee! <3

wtorek, 27 maja 2014

ROZDZIAŁ 4. "Nathan? Gdzie jesteś? Boję się..."

 JEDNA WIELKA PROŚBA!
WSZYSTKICH PROSZĘ O KOMENTARZE.
TO NA PRAWDĘ WAŻNE DLA MNIE.
Dziękuję! 

Obudziłam się ze świadomością, że muszę zbierać się do pracy. I to szybko. I, że znów będzie tak samo... Znów będę wspominać, zadawać sobie pytania, na które nie ma żadnej odpowiedzi.... I najważniejsze - po raz kolejny czuć się nieswojo we własnym domu.... Dlaczego? Bo dawniej ten dom wyglądał całkiem inaczej? Był wypełniony radością, szczęściem i miłością? A teraz? Co z tego zostało? I znów będę wspominać koszmary minionej nocy. Od wieków ból jest tak samo trudny do zniesienia. Od wieków wiadomo, że jedno zdarzenie może zrujnować wszystko, a jedna chwila zniszczyć całą radość życia... I, że to co było, nigdy nie wróci... NIGDY. To takie okropne słowo. Na prawdę ciężko jest żyć ze świadomością, że ktoś, kto był nam bliski, z którym spędzaliśmy tak wiele czasu już nigdy nie pojawi się w naszym życiu. Obudziłam się też ze strachem. "Teraz czyha na Nas" ciągle szumiało mi w głowie.... Nie potrafiłam o tym nie myśleć, nie potrafiłam zapomnieć. Nie mogłam wymazać z pamięci zamglonych, przestraszonych oczu Nathana. Jak powtarzał, że gdyby coś mi się stało.... Po prostu nie chciałam tego pamiętać, a nie potrafiłam zapomnieć. Zresztą w tej rzeczywistości wszystko takie było...
Mimo wszystko postanowiłam iść do pracy. Wstałam, powtórzyłam monotonię kolejnych dni, zebrałam się w całość i mogłam ruszać do pracy. Nie mijając po drodze żadnych idiotycznych reporterów i dziennikarzy! Bo oni żyją tylko dzięki tragediom... Ale pominę ten temat, bo jest dla mnie strasznie drażliwy. Szłam szybko ulicą, żeby jak najszybciej znaleźć się w S&F. I rzeczywiście chwilę później wchodziłam już do budynku. Przywitałam się z mijanymi pracownikami i poszłam dalej, do mojego pokoju. Znów dużo telefonów i zamówień – firma pracowała świetnie. Tylko do klientów miałabym pewne zarzuty... Między innymi, że mi psują słuch drąc się do słuchawki... Ale dzisiaj na szczęście takich osób nie było, wszystko szło spokojnie, bez nerwów. Wyszłam z pracy dość wcześnie, dzięki temu, że przyjaźnię się z właścicielkami... Ach, te znajomości... Wróciłam do domu. W środku poza Nathanem zastałam jeszcze pozostałych chłopaków.
-Heeej... - powiedziałam zdziwiona tą „naradą rodzinną”.
-Hej, chodź do Nas, musimy coś omówić... - wyjaśnił Tom. Pozostali dodali tylko „hej”, a Jay tylko obdarzył mnie spojrzeniem, ale do tego już przywykłam, od tamtego dnia...
-Co?
-Chodź...
-W związku z Tym, że bardzo możliwe, że coś Nam grozi, a wcale nie jesteśmy tacy mega odważni jak się mówi, musimy coś zrobić... - zaczął Max.
-Proponuję wyjechać – dał pomysł mój chłopak.
-Byle nie do Włoch... - szepnął Jay, przymykając oczy.
-Ale gdzie byśmy mieli wyjechać?
-Nie wiem...
-Byle nie do Włoch – powtórzył Jay i wyszedł na chwilę.
-A jakieś inne propozycje?
-Możemy zrobić zamach na zabójcę, którego nie znamy z bronią, której nie mamy... - powiedział Nath, unosząc brew.
-Dobra, zrozumiałem... - podniósł ręce Max i rozejrzał się ostrożnie. - Wyjedziemy stąd. Daleko, bez niczyjej wiedzy, nikt nie będzie wiedział gdzie.
-No właśnie... Ale gdzie?
-Chiny?
-Kanada?
-Japonia?
-Australia?
-Fidżi? - posypały się propozycje.
-Australia? - szepnął. - Dobre.

~*~

-Jak Ci idzie? - zapytał Nath, podchodząc do mnie.
-Kiepsko - położyłam głowę na kolanach.
-Dobra, pomogę Ci... - powiedział i zaczął wyrzucać rzeczy z szafy.
-Nathy... Nie tak się pakuje - uśmiechnęłam się.
-Spokojnie, dam sobie radę... - odwzajemnił gest.
-Czekam... No i mam nadzieję, że Ty to zrobisz, bo ja... nie mam już siły...
-Ojej... Moje biedactwo... Zrobię Ci kakao, chcesz? - zapytał z troską i przytulił mnie delikatnie i pobiegł do kuchni.
-I zostałam sama z pakowaniem... - westchnęłam, ale zaraz się uśmiechnęłam. - Ale będzie kakao!...
-Sekunda!
-Nie przeceniaj się! - zaśmiałam się.
-Dobra... Minutka!
-Zobaczymy... - szepnęłam do siebie.
Po chwili brunet przyniósł moje upragnione kakao, które zaczęłam pić i sam zabrał się za pakowanie. Szło mu to... całkiem nieźle!
-Za ile skończysz?
-Kate!! Jedziemy do Hiszpanii! Musisz mieć dużo ubrań!
Nie rozumiałam o co chodzi i odwróciłam się. Nathan skinął głową na okno. Zobaczyłam jedynie cień.
-Ojeeej, no.... To tylko Hiszpania! - przewróciłam oczami.
-Nie, Kat... To aż Hiszpania!
-Oooch, proszę Cię – zaśmiałam się. - Dobrze, tylko spakuj mi jakiś kostium, albo 3...
-Wszystko – zawtórował mi i zaczął wszystko wpychać do walizki.
-Nath, spokojnie...
Wyrzuciłam wszystko z walizki i zaczęłam układać ładnie rzeczy. 2 godziny później, kiedy wszystko było już prawie gotowe zadzwonił Max.
-No hej, jak wam idzie?
-Hej, dobrze. Niedługo będziemy gotowi.
-Podjedziemy do Was z Kevinem...
-Jasne.
-Bądźcie gotowi za pół godziny.
-Okay. Pa pa!
-Pa pa! - usłyszałam ostatnie słowa, po czym rozłączyłam się.
-No to Ty dokończ, a ja pójdę tylko do łazienki – powiedział Nath, po czym pocałował mnie i wyszedł.
Usłyszałam huk. Drzwi były otwarte... W progu ktoś stał.
-Nathan? Gdzie jesteś? Boję się... - szepnęłam.

______________________________________ 
Hej, wiem, że krótki, wiem, że mnie nie bylo... I wiem jeszcze jedno... NIKT NA MNIE NIE CZEKAŁ :3
Oki, no to tak... Nie wiem czy Wam mówiłam, że mój drugi blog jest dla mnie, nie zależnie od tego czy bd czytać ja bd pisać. Natomiast tu jest inaczej... Ten jest dla Was i jeżeli nie ma zainteresowania i nie komentujecie to znaczy, że nie ma sensu pisać...
A TO ZNACZY: JEŻELI NBD KOMENTARZY ZAWIESZĘ BLOGA.
DZIĘKUJĘ.




 

niedziela, 11 maja 2014

ROZDZIAŁ 3. "Jak to nie żyje?!"

 Przez głowę przemknęło mi tysiące myśli. Oczywiście o chłopakach. To ich nie było w domu. Pojechali i co? 
 Czemu oni nic nie mówią?! Aaa... Zadali pytanie... 
-Tak, to ja...
-Musimy zabrać panią na przesłuchanie. 
-W jakiej... sprawie? - zapytałam słabo. 
-W sprawie zabójstwa pani Tessy Stanley. 
-Słucham? To chyba pomyłka... Przecież Tess żyje... Widziałam się z nią dzisiaj... Jak... 
-Przykro nam, ale pani Stanley nie żyje. 
-Jak to nie żyje?! - poniosły mnie nerwy. 
-Dobrze się pani czuje? - zapytał młodszy towarzysz komisarza McCampbella. 
-A jak by się pan czuł, gdyby dowiedział się pan o śmierci bliskiej osoby?! - uniosłam się, a po chwili poczułam się jeszcze gorzej i musiałam oprzeć się o ścianę. 
-Przepraszam. Rozumiem, ale musi pani stawić się na komisariacie... Proszę przyjść jutro. 
-Nie, nie... Jutro tym bardziej nie dam rady... Chwileczkę... - wzięłam płaszcz i wyszłam za policjantami.

~*~
-Więc... Nic więcej pani nie wie? 
-Nie... - odpowiedziałam drżącym głosem. 
-Dobrze, może pani już jechać do domu. Tylko może lepiej niech ktoś po panią przyjedzie... I dziękujemy, bardzo Nam pani pomogła. Do widzenia. 
-Oby nie... - szepnęłam do siebie. 
 Usiadłam na krzesełku i wzięłam kilka głębokich oddechów. Chciałam zadzwonić do Nathana, ale dziwnym zbiegiem okoliczności zrobił to pierwszy. 
-Kat, gdzie jesteś? Dlaczego nie ma Cię w domu? - mówił zmartwiony. 
-Nath... - tylko tyle udało mi się powiedzieć. 
-Katie... Co się stało? Dlaczego płaczesz? I gdzie jesteś? - pytał przestraszony.
 -Ja... Na komisariacie...
-Co? Jak? Dlaczego?
-Tess... Nie żyje...
-Jaka to ulica?
-To jest obok szpitala... Edgware Rd. Kilka ulic od nas.
-Zaraz będę... - wyszeptał.
-Mhm...
 Teraz pozostało mi jedynie czekanie...

~*~


-Kat! - podbiegł do mnie i od razu przytulił.
 To Tess zawsze mnie wspierała, a teraz jej nie ma...
-Jedźmy już... - mocniej wtuliłam się w chłopaka i wyszliśmy z budynku.  Po chwili jechaliśmy do domu.
-Nathan...
-Tak? - zapytał nieobecnie.
-Ktoś musi zawiadomić Jay'a...
-Wybacz skarbie, ale ja... Nie potrafię.
-Ja mam to zrobić?!
-Katy... Spokojnie.
 -OK. Dzwonię... - wybrałam numer.
-Słucham?
-Wiesz już?
-Ale o czym?
-Czyli nie wiesz... - szepnęłam.
-Kate. Co się stało? - zapytał niespokojnie.
-Ja... Nie wiem... Nie wiem... Jak Ci to powiedzieć... - rozpłakałam się. - Tess...
-Co się stało z Tess?!
-Ona... Nie... Nie... Nie żyje - wyszeptałam przez łzy. 
 W telefonie zapadła głucha cisza. 
-Jay? -Mhm? - powiedział, przez zaciśnięte gardło. - Przyjadę do Was.

~*~ 

 Siedzieliśmy wszyscy przy kominku w naszym salonie. Wyzuci z łez. Gdybyśmy mogli jeszcze płakać... Na pewno byśmy płakali. W pokoju panowała cisza. Nikt nie chciał jej przerywać... Najgorsze było, że nikt z Nas nic nie wiedział. Co się stało... Jak... Jak ktoś mógł ją zabić? Co takiego zrobiła?! Czy ktoś w ogóle mógł nienawidzić takiej miłej i uczynnej osoby? Widocznie tak. A może to był jakiś przypadek? Nie wiedzieliśmy. Mogliśmy tylko myśleć, mieć swoje zdanie, ale żadnej pewności, nawet kilkuprocentowej... Policja nie chciała nic powiedzieć. Może sami nie wiedzieli... Siedzieliśmy tak do późna. Nikt nic nie mówił, ale pomimo tego nikt nie chciał by być teraz sam.
 Pamiętam, że oparłam głowę o Nathana i zasnęłam. 
 
~*~ 

 Kolejne dni mijały monotonnie. Nadal nic nie wiedzieliśmy. Policja przesłuchała wszystkich, ale żadnemu z Nas nic nie powiedzieli... Nie wiadomo było nawet, kiedy będzie pogrzeb Tess, bo przecież trzeba zrobić te wszystkie analizy, badania, sekcje... Po prostu jak w koszmarze. Nasz piękny, szczęśliwy świat został zburzony... Szybko wzięłam pilot i przełączyłam kanał. Myślałam, że jeśli znajdę jakiś ciekawy film, czy program, to chociaż na chwilę zapomnę... Ale niestety los mnie chyba nienawidził... Utwierdziłabym się w tym przekonaniu, gdybym wiedziała, co mnie jeszcze czeka... Co takiego mi przygotował i na jak wielką próbę mnie wystawi... W telewizji ciągle leciały filmy kryminalne, których po prostu nie potrafiłam oglądać... I ciągle wiadomości, fakty... Na prawdę?! Zawsze muszę trafiać na temat tajemniczego zabójstwa w Londynie?! Minęło już 5 dni, a oni dalej ciągnęli ten temat... Po co? To w niczym nie pomoże. Nie pomoże Tess, nie pomoże mam. Tylko zaszkodzi...
 Musiałam iść do pracy - skończył mi się urlop... Szybko pozbierałam się, pożegnałam z Nathanem i wyszłam z domu. Pracowałam jako managerka firmy projektującej ubrania. Praca była dla mnie dość lekka, ale nie wiedziałam jak przeżyję ten pierwszy dzień od czasu śmierci Tess... Czy dam radę się skupić, czy po prostu będę cały czas o tym myśleć... A może praca pozwoli mi zapomnieć chociaż na chwilę o koszmarze, który mnie otaczał?... O złych snach, które stały się ciemną i smutną rzeczywistością?... Zapomnieć? Nie... To nie jest możliwe... Mogę się łudzić do ostatniej chwili, a i tak nie będę potrafiła wymazać tego z pamięci choćby na moment. Nie myśleć o tym, nie zadawać sobie ciągle pytań dlaczego... Niestety. W ciągłych rozmyślaniach dotarłam do pracy. Gdy tylko otworzyłam drzwi podbiegła do mnie koleżanka. 
-Katy... Jak ty przyszłaś dzisiaj... Dobrze się czujesz? 
-Margaret... Nawet nie pytaj... - pokręciłam szybko głową. 
-Rozumiem... Nie chcesz pójść do domu? 
-Nie, nie... W domu jest jeszcze gorzej. 
 -Dobrze... To... Musisz iść do szefowej i wziąć plany na dziś i w ogóle... Mam nadzieję, że sobie poradzisz... - nie bardzo wiedziała jak ze mną rozmawiać. 
 Nigdy nie widziała mnie tak zrezygnowanej... Zawsze tryskałam pozytywną energią i zarażałam nią wszystkich. Nic nie potrafiło mnie załamać, ale to było za dużo... Przerosło mnie i nie potrafiłam się pozbierać... Wzięłam wszystko co było potrzebne i poszłam do swojego gabinetu. Wszystko robiłam szybko. Dużo telefonów, dużo zamówień... Ale i to nie pozwoliło mi nie myśleć o tym, co dzieje się w około nas... Pewnie właśnie dlatego - że dzieje się w około nas... Jak najszybciej opuściłam budynek, żeby uniknąć rozmowy z kimkolwiek... Ale najgorsze czekało na mnie na zewnątrz... Tłumy reporterów. No tak... Myślą, że ja wiem więcej niż oni?! Mnóstwo pytań, mnóstwo osób... Zero odpowiedzi. Minęłam ich szybko i złapałam taksówkę.
  Chwilę później byłam w domu. Panowała przeraźliwa cisza... Aż szumiało w uszach. Wszędzie panował bałagan. Wbiegłam na górę, do sypialni. 
-Nathan? Jesteś tu? - zapytałam, a mój głos odbił się echem. 
 Po chwili chłopak podszedł do mnie. Wyglądał strasznie dziwnie... 
-To on zabił Tess... Teraz czyha na nas...

______________________________________________________
Heeeeeeeeeeeeeeyy!! Udało mi się :P
Dzisiaj też starałam się szybko, ale chyba jest dłuższy..
No dobra ;) Dłuższy, ale to wcale nie znaczy,że lepszy. Moim zdaniem to mogło by wyglądać duuużo lepiej. Ale opinię zostawiam Wam. :D
Do Zobaczenia, Buziaki , Pa pa <3

 

poniedziałek, 5 maja 2014

ROZDZIAŁ 2. "CZAS NA SELFIE!"

 Obudziłam się wcześnie rano. Cichutko podniosłam się z łóżka i ubrałam szlafrok. Nie chciałam obudzić Nathana, który spał w bardzo dziwnej pozycji z tułowiem i głową nad podłogą, a nogami ułożonymi skośnie na łóżku. Gdy już wychodziłam zadzwonił mój telefon. Nathan gwałtownie się poderwał, co skończyło się bliskim spotkaniem z podłogą. 
-Aaauć! Kto?!... 
-Tom... - powiedziałam i odebrałam. - Tak słucham? 
-No cześć, Katy! 
-No hej, Tom. 
-Mam nadzieję, że Cię nie obudziłem. 
-Ja też... 
-Co? - zapytał zdziwiony. 
-Nic... - zaśmiałam się. 
-No to... Ten, właśnie... Mam nadzieję, że Cię nie obudziłem... 
-Mnie nie - mruknęłam. 
-Aha... Nath? 
 -Mhm... A po co dzwonisz? - zapytałam wesoło. 
-Więc tak... Wzięliśmy sobie do serca to co nam powiedziałaś... - powiedział, a ja zaczęłam się zastanawiać, co takiego im powiedziałam... - I... - kontynuował. - Postanowiliśmy dzwonić, kiedy chcemy przyjść na obiad! - oświadczył uroczyście.
 Wybuchnęłam śmiechem. 
-Taaak... Tommy... I pewnie dzisiaj chcecie przyjść? 
-Możemy? - zapytał komicznie słodkim głosem. 
-Możecie, tylko po 3, bo idę na zakupy z Tess i w ogóle... 
-Ale Nathan przecież będzie... Tak? 
-Może lepiej przyjdźcie po 3... Okay? 
-Dobra... Ale co my będziemy robić do tak późna? 
-Nie wiem, muszę kończyć Tom. Pa pa. 
-Pa pa - usłyszałam po drugiej stronie i rozłączyłam się. 
-Tom... Przyjdzie? 
-Mhm... Ale skarbie... Będę Cię bronić - zaśmiałam się i pocałowałam go. - Ja idę na dół, a ty skarb idź spać. 
-Mmm... 
-Kolorowych! - rzuciłam i wybiegłam z pokoju. 
 Świat był taki piękny... Wszystko mi się wspaniale układało. Miałam chłopaka, a właściwie narzeczonego, przyjaciół, dom, szczęście i nadzieję... A ona jest bardzo ważna, chociaż czasami zawodzi. Już po chwili usłyszałam spokojny, miarowy oddech Nathana. Zasnął. Uśmiechnęłam się do siebie. "Mój najdroższy skarb" - przebiegło mi przez głowę. Gdy weszłam do kuchni, znów usłyszałam znany mi dzwonek i huk. 
-Dlaczego on zawsze spada z łóżka, gdy dzwoni mój telefon? - zapytałam sama siebie i pobiegłam odebrać. 
-Tess! - krzyknęłam do słuchawki. 
-Kate... Jak my dawno nie rozmawiałyśmy! Ale dzisiaj to nadrobimy. 
-Ale chyba podobało ci się w Europie? 
-Było cudownie! Ale opowiem ci wszystko, kiedy się zobaczymy. No właśnie. Pamiętasz o spotkaniu? - mówiła ożywiona. 
-No oczywiście! Widzimy się niedługo. Pa pa! 
-Pa pa! Buziaki!



-Kto mnie znowu obudził? - wymamrotał Nathan. - Już nie zasnę... 
-Zaśniesz, zaśniesz... Tess raczyła cię obudzić - zaśmiałam się. - No. To teraz dla odmiany życzę słodkich snów! 
 Szatyn, pomimo zapewnień, że już nie zmruży oka, zasnął natychmiast, a ja poszłam coś zjeść i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia. Zostawiłam śniadanie Nathanowi i wyszłam z domu.
 Szłam wesoło ulicą. Potrącałam ludzi, którzy spokojnie mogli uznać mnie za wariatkę, bo ciągle się śmiałam i uśmiechałam do wszystkich. Skierowałam się do kawiarni, w której czekała na mnie Tess. Tak, czekała - nie pomyliłam się. 
-Aaa... Tess!... - pisnęłam i przytuliłam mocno przyjaciółkę. 
-Hej, Katy!... Jak się cieszę, że Cię widzę! 
-Ja też... Ale dobra. Siadaj, kochana i opowiadaj. Jak było?! 
-CU-DO-WNIE! 
-Twoja odpowiedź jest taka... rozbudowana - zaśmiałam się. 
 -No już, już... - zawtórowała mi. - Tylko trochę się pozbieram w całość, bo... Aaa!... No tak się cieszę! 
-Zbieraj się, tylko szybko, bo chcę wiedzieć, gdzie pojechać w podróż poślubną! 
-Poślubną?! Aaa! Ty wredna! Jak mogłaś?! - mówiła podekscytowana. - Oświadczył się?! 
-Tessy, spokojnie! Tak, tak! Zupełnie... Wariuję! Niedługo się pobieramy... 
-No i już wiesz, kto będzie Twoją najlepszą, najpiękniejszą i najcudowniejszą druhną? 
-No oczywiście! - zaśmiałam się. - Tylko mnie nie skompromisuj*! 
-Oooh, ty... Ale przynajmniej już wiadomo, że jestem najlepszą, najpiękniejszą i najcudowniejszą druhną! - powiedziała z udawaną dumą. 
-Wątpiłaś w to? 
-Szczerze? Niee. 
-Jak zwykle... - przewróciłam oczami, ze śmiechem. - Ale, ale! Miałaś opowiadać! 
-Europa... Tak pięknie... No dobra... Ja wiem - my też mieszkamy w Europie - zaśmiała się, chowając twarz w dłonie. - Ale wiesz, o co mi chodzi... No, więc. Tam było tak pięknie... Tylko najgorsze było to, że byłam tam bez Jay'a... - wykrzywiła usta w podkówkę. - Ale... Ooo... Znów "ale"! Ale najważniejsze, że już wróciłam!
-No, ale byłaś z braciszkiem! No właśnie... Co zwiedzaliście z Army'im? - zapytałam. - Coś, coś... Koloseum? 
-Tak! Na serio... Mam tyle zdjęć... Podróż życia! - mówiła, żywo gestykulując. 
 Zaczęła opowiadać o wszystkich miejscach, które odwiedziła i ogólnie o całej wycieczce. W kawiarni byłyśmy do południa, a później poszłyśmy do kina, na lody, do parku... A o godzinie 3 musiałam wracać. 
-Tess, chodź ze mną! - namawiałam przyjaciółkę. 
-Bardzo bym chciała, ale nie mogę... 
-Tessy... - zrobiłam słodkie oczka. - Jay przyjdzie... 
-Kusząca propozycja - zaśmiała się - ale na prawdę nie mogę. Obiecuję, że przyjdę jutro! - przyłożyła rękę do serca. - Zaraz po spotkaniu z Jay'em. 
-Ach, wy... No dobra, to do zobaczenia, jutro! - przytuliłam ją na pożegnanie. - Trzymaj się! 
-Pa pa, Kat! - roześmiała się i obie skierowałyśmy się do swoich domów.

 ~*~ 

 Około 10 minut później wchodziłam przez bramę na podwórko. Kiedy wchodziłam po schodach, drzwi się otworzyły i wyszedł przez nie Nath. 
 -Spóźniłaś się 10 minut, skarbie... - powiedział załamanym głosem. - Może wcześniej dałabyś radę uratować nasz dom... 
-Co?! 
-Jak można w 10 minut tyle zniszczyć? - zapytał bardziej siebie, niż do mnie, siadając na małej ławce, oddychając głęboko i dodał już do mnie: - Uważaj na drzwi... 
 -Aha...? - odpowiedziałam i weszłam do holu. - Tom? - rozejrzałam się i poczułam coś pod stopą, ale zanim zdążyłam się zorientować, runęłam na podłogę. - Tom! 
-Tak, Katy? 
-Co to jest? 
-Yyy... - wyszedł z przypalonym garnkiem w ręku. - Drzwi? 
-Ale dlaczego leżą na podłodze?! 
-Zerwały się zawiasy... - zrobił minę niewiniątka. 
-Tak... Same się zerwały... A co robisz? - zapytałam, wchodząc za nim do kuchni. 
 -Wyręczam Cię. No, bo ty codziennie to robisz... I w ogóle... 
-Nie wiedziałam, że codziennie przypalam garnki i psuję mikrofalówki... - spojrzałam na dymiący sprzęt, za brunetem. 
-Eeemm...
-Co ty zrobiłeś z tą mikrofalówką?! 
-Chciałem zrobić obiad... 
-W mikrofalówce? - spojrzałam na niego, unosząc brew. - Aha... Boję się. 
-Nie bój się! Wszystko pod kontrolą! - machnął ręką do tyłu, parząc ją o spaloną mikrofalówkę. -Aaaał!...  
 Zaczął machać rękami i skakać, po czym wpadł wreszcie na to, żeby włożyć rękę pod zimną wodę. Niestety, nie miał za wiele szczęścia, bo prędkość z jaką próbował odkręcić kran, spowodowała oderwanie całej baterii... Tak - Tom = nieszczęście i zniszczenie. Woda zaczęła tryskać w powietrze i zalewać całą kuchnię, ale nie dało jej się zakręcić. Wybiegłam na zewnątrz i zakręciłam wodę w całym domu. 
-Co się znowu stało? - zapytał Nathan. 
-Dlaczego Tom ma właśnie takie imię, a nie... Hmm... Na przykład: klęska, katastrofa, tragedia?... - zapytałam tylko.
-Co zrobił? 
 -Ależ nic! Tylko doradź mi. Kazać mu sprzątać, czy lepiej unikać dalszych katastrof? 
-Unikać! Ja Ci pomogę... 
-Dziękuję. Chodźmy już lepiej, bo jego nie można zostawiać samego nawet na chwilę... 
 Wbiegliśmy do domu i poszliśmy korytarzem pod drzwi kuchni. 
-STOP! - powiedziałam. 
-Prosimy uważać, teren zagrożony? - zaśmiał się Nath. 
-Świetnie to ująłeś... Okay, chodź. 
 -Mission impossible! 
-Same trafne teksty... - pokręciłam głową. - Tom? 
-Ooo, jesteś! Jak widzisz... Naprawiłem ten kran, kiedy wyszłaś... Tylko jeszcze nie wiem jak to nałożyć... - wziął do ręki to co zostało z baterii. - Ale woda już nie leci! 
-Tak, Tom... Ty naprawiłeś... Wmawiaj sobie... - mruknęłam. - A co robisz? 
-Włożyłem właśnie kurczaka do piekarnika... 
-To też chcesz nam spalić? 
-Co? -Nic, nic... 
  Zadzwonił dzwonek. 
-To pewnie Jay i Max próbują być kulturalni... Idźcie otworzyć. I nie życzę sobie niczyjej obecności w kuchni. 
-To nie koncert życzeń... - odpowiedział Nath. 
-A ja nie życzę sobie, żeby mój kochany piekarnik ucierpiał! - krzyknęłam i poszłam razem z Nathanem otworzyć drzwi. 
-Cześć Nathan, Cześć Katy! - przywitali nas wesoło Jay i Max. 
-Hej... - przytuliłam obu. - Piliście, ćpaliśćie? 
-Taaak... - odpowiedział Max. 
-Nieee... - zaprzeczył mu w tym samym czasie Jay. 
 Wtedy zaczęli szeptać między sobą, po czym odezwali się zgodnie: - Nie.
-Czyli tak - skwitowałam. - Zapraszam!
-Dziękujemy, dziękujemy... 
-Proszę bardzo... Tylko... - zaczęłam. -Uważajcie na drzwi! - dokończyliśmy wspólnie z Nathanem. 
-Co? - zapytali jednocześnie, ale tylko Max spojrzał w dół i zastosował się do naszego ostrzeżenia. Co do Jay'a, to tak samo jak ja runął na podłogę... 
-Co to ku*wa jest?! 
-Chyba drzwi... - powiedział Max, wnikliwie przeglądając cały hall. 
-Dobra, Jay. W porządku? Chodźcie do środka. 
-Jest już prawie OK - odpowiedział loczek, gładząc lekko potłuczony nos.
-Na pewno? 
-Tak, tak... To gdzie? 
-Do salonu... Kuchnia teraz przeżywa tortury. Nie chcesz na to patrzeć... 
-Tom już przyszedł? - zaśmiał się Max. 
-A nie słychać? - również zaśmiałam się, bo z kuchni doszedł właśnie łomot upadających przedmiotów i przekleństwa Toma. 
-Jakby co, to widziałem, że sprzedają całkiem ładny dom niedaleko - odezwał się Jay. 
-Mówiąc "niedaleko" co tym razem masz na myśli? - zapytał Nath. 
-Yyyy... Tak mniej więcej... No... Drugi koniec miasta... - poddał się. 
-Aha, to dzięki, ale może poszukamy czegoś bliżej... - odpowiedział Nathan. 
-Nie, nie! - zaprzeczyłam mu. - To jest świetne rozwiązanie! 
-Właściwie... - zastanowił się Nath. - Ale OK... Dom jeszcze jest cały... 
-JESZCZE - podkreśliłam. - No dobra, to co robimy? 
-Moglibyśmy w coś pograć... - namyślił się Jay. - Albo... 
-Co? - zapytaliśmy zaciekawieni. 
-Nie wiem - wzruszył ramionami loczek. 
-Okay. W co gramy? 
-Yyyy... Może... 
-Może... 
-Yyyy... - odpowiedzieli bardzo podobnie. 
-Świetny pomysł! - zironizowałam. - Obejrzymy coś. 
-Właśnie to chciałem powiedzieć! - powiedział Max, pstrykając palcami. 
-Wymyślając, w co można grać? - zapytałam, śmiejąc się. 
 -Yyyy... A ty to co? 
-Ja miałam tylko słuchać propozycji... No, ale wiesz... Pech, żadna mi się nie spodobała... - powiedziałam i włączyłam przypadkowy kanał. 
 Jak się okazało Disney Channel... Który oglądaliśmy, przez następne 45 minut, kiedy to... No właśnie. Usłyszeliśmy nagle huk, jakby uderzenie pioruna. Wpadliśmy do kuchni, gdzie Tom stał na środku z opadniętą szczęką. 
-Tom. Co. Ty. Zrobiłeś? - zapytałam, oddzielając słowa. 
-No... Przypaliło się i w ogóle było za gorące... No i złożyłem do lodówki. 
-Tom. Mam pytanie. 
-Słucham? 
-Czy ty jesteś normalny? 
-Nie. 
-Po co pytałam... Dobra... Trzeba to... 
-CZAS NA SELFIE! - wyrwał się Tom. 
-Selfie z lodówką bez światełka?
-Yyyy... Tak! To takie niezwykłe i niespotykane! - "pisnął". 
-I takie... Cool!... - dokończyłam tym samym, ale sarkastycznym tonem. 
-No wiadomo... - uśmiechnął się. 
-No to może teraz pójdziecie i grzecznie pooglądacie sobie "Sam&Cat", a ja posprzątam i zrobię obiad, bo jest już 4... 
-Mhm! - pokiwali zgodnie głowami i pobiegli do salonu, tylko Nath został, żeby mi pomóc. 
 Okazało się, że nie jest najgorzej... Tom tylko... Zepsuł mikrofalówkę, wypalił dziurę w piekarniku, spalił lodówkę i rozwalił kran... Nie, nie... Nie jest źle. Po godzinie zawołałam ich na obiad, a później postanowili pojechać po Sivę i wybrać się do klubu na imprezę. Niestety, ja nie miałam wcale ochoty, więc udało mi się jakoś udobruchać Nathana i zostać w domu. Po 7, gdy kończyłam już sprzątanie, rozległ się dzwonek.  
 Kiedy otworzyłam drzwi pobladłam. 
-Dobry wieczór, komisarz McCampbell. Pani Katherine Lester? - zapytał mnie mężczyzna w mundurze, stojący obok swojego towarzysza. 
 Czułam, że robi mi się słabo...


*skompromisuj - skompromituj
______________________________________________________________
Heyyy!! Po nieobecności powracam z rozdziałem... Dziękuję wszystkim za komentarze, liczę na jakieś pod tym rozdziałem... Ale co do niego, to nie wypowiem się, bo jest... Średni. Albo gorzej :/
A co do treści....Końcówka. Zdradzę tylko, że wprowadzi niemałe zamieszanie w życiu Natherine.
Obstawiajcie co mogło się stać xD
Dziękuję jeszcze raz, przepraszam za tak długą nie obecność i mam nadzieję, że Wam się spodoba, nie zważając na moją opinię ;)
                                                   

Kocham, pozdrawiam
Kasia M.

wtorek, 1 kwietnia 2014

ROZDZIAŁ 1. "To trzeba zainkroemować!"

-Skarbie! Patrz jaka ładna! 
-Nathan...- powiedziałam oficjalnym tonem. 
-Tak? -Szukamy sukni ślubnej, a nie mini na imprezę... 
-Oj, dobra, ale tą też musisz mieć! Ooo! A to na noc poślubną - pomachał brwiami, a ja zaczęłam się śmiać. -Daj tego laptopa, bo ja się boję, co ty znajdziesz... - Ciągle się śmiałam. 
-Katy, Katie, Kitty... Cat, Cati, Kiciu... 
-Wiem, że byś sobie popatrzył na modelki w krótkich sukienkach, ale jestem zazdrosna - pocałowałam go. -No co ty, chodziło tylko o sukienkę... Ale cieszę się, że jesteś zazdrosna. 
-No, więc daj. Wooow, ale ciacho... - udawałam. 
-Ej, bo będę zazdrosny! 
-To się cieszę - zaśmiałam się. - No chodź tu zazdrośniku, wybierzemy razem. 

 ~*~ 

-Sukienki są nudne... 
-Ej! Piękne są - szturchnęłam go. 
-Możemy obejrzeć sale? - Spojrzał na mnie błagalnie. 
-Oj, dobra - przewróciłam oczami. - A może jesteś głodny? 
-Jestem, ale ty nie robisz dziś obiadu! 
-A co? Mistrz kuchni zrobi? - Uśmiechnęłam się. 
-Mistrz kuchni już biegnie - odwzajemnił gest. - Poczekaj godzinkę, a coś wyczaruję. 
-Czekam. 

~*~

Gdy już kończyliśmy obiad, usłyszeliśmy łomot i trzask, a po chwili drzwi się otworzyły i do środka weszli (wpadli) Max, Jay i Tom.
-Trafiliśmy!!! - Przybili sobie piątki.
-Wy serio? - podeszłam i przytuliłam Maxa, żeby szepnąć mu: - Miałeś rację. 
-Widzę pierścionek! - uśmiechnął się Tom. 
-To masz dobry wzrok -Przytulił mnie Nath. 
-Gratulujemy! - wydarł się Jay. 
-A może to wypłynęło z jakichś... Hmmm... Wyższych spraw? - Pomachał brwiami Tom. 
-Nie wiem co masz na myśli... 
-Wiesz, wiesz... - uśmiechnął się. 
- Więc? 
-Nie - zaśmiałam się. - jeszcze - odwróciłam się do Nathana i dałam mu buziaka. 
-Kiedy wesele? - Max nagle oprzytomniał. - Będzie okazja do picia!!! 
  Zaśmiałam się. Max był moim najlepszym przyjacielem. Wyłączając Natha kochałam go najbardziej i był mi bardzo bliski. 
-Max - walnęłam go w ramię. - A może spykniesz się z moją siostrą? 
-A taka ładna jak ty? 
-Khm - chrząknął Nathan. 
-Nawet ładniejsza - Uśmiechnęłam się promiennie, a w między czasie odwróciłam się do Nathana, aby dać mu buziaka. 
-No właśnie, a wy tu przyszliście na obiad, czy coś? 
-Taaaak! Jesteśmy głodni! 
-Tom, wiesz co? Nie mogę się doczekać, kiedy Kelsey wróci, bo codziennie przychodzie do mnie jeść, zupełnie przypadkiem, nie wspominając już nawet o stłucznych talerzach i telefonie w herbacie... A trafiacie przecież zupełnie przypadkiem! - zaśmiałam się. - Chłopaki! Nie możecie po prostu zadzwonić i powiedzieć, że chcecie przyjść na obiad? 
-No dobra, mieliśmy jeść u Nareeshy, ale Siva nas wyrzucił! - poskarżył się Jay.
-Co zrobiliście? 
-My? Nic... - uśmiechnął się Max. 
-Rozwaliliśmy im lustro - wyruszył ramionami Jay. - A oni od razu taką aferę... 
-Nath, zabezpiecz lustra! 
-'Cause I like it, like that, Yeah, I like it, like that... - zaczął nucić Max. 
-Wariaci... - zaczęłam się śmiać. Nathan wyciągnął folię i zaczął nią owijać lustro i śpiewać razem z Maxem, gdy nagle zza drzwi wyskoczył Tom z płynem do mycia szyb. 
-To trzeba zainkroemować! 
-Co?! 
-Zabezpieczyć! - Zaczął psiukać w lustro i Nathana, aż trafił chłopakowi w oczy. Szatyn odruchowo przyłożył ręce do powiek, puszczając lustro, które rozbiło się w drobny mak. 
-Idioto, co zrobiłeś?! - wydarł się Nathan. 
-A ja dostanę obiad? - zapytał po chwili Jay. Byłam na szczycie załamania psychicznego. 
-Tak, Jay, ty dostaniesz... 
-Ej, ja też byłem grzeczny! - upomniał się Max. 
-A to przecież Nathan stłukł lustro! - bronił się Tom, wskazując na chłopaka, który próbował zmyć płyn z oczu. 
-Dobra, dobra... Najpierw posprzątaj... 
-Ale... Katy...
-Tom. Posprzątaj. 
-Dobrze... - pokiwał mizernie głową.

~*~ 


Reszta dnia minęła spokojnie, nie licząc rozbitej szklanki i podeptanego kwiatka. Późnym wieczorem położyłam się z Nathanem, żeby jeszcze porozmawiać o przygotowaniach do ślubu. Nie wiem, kiedy zasnęłam, wtulona w chłopaka.

_______________________________________________________
Więc... Witam na nowym blogu!! Cieszę się zainteresowaniem! Rozdział jest... yyy.. Wolę w ogóle go nie oceniać....Zostawię to Wam.. Jeżeli przeczytacie - SKOMENTUJCIE!!!
  Kocham Was
Kasia M.

piątek, 21 marca 2014

PROLOG

  Ubrana w piękną sukienkę dziewczyna wyszła z wielkiego domu. Po chwili pod budynek podjechał samochód. Wysiadł z niego przystojny szatyn. Podszedł do brązowookiej i namiętnie ją pocałował. Chwilę później wziął ją za rękę, poprowadził do samochodu i otworzył drzwi, pozwalając wsiąść jej pierwszej. Ruszyli, mijając kolejne oświetlone budynki. Kilkanaście minut później zajechali pod restaurację. Chłopak szybko wyszedł z auta, aby otworzyć dziewczynie drzwi. Weszli do ciemnej, pustej sali, w której paliły się tylko dwie świece na stoliku, stojącym na środku lokalu. Szatyn uśmiechnął się do dziewczyny i odsunął jej krzesło, a sam zajął miejsce na przeciwko. Był zdenerwowany i przejęty. Ciągle spoglądał na zegar wiszący na ścianie. Ledwo mógł dostrzec cyferki, ale wiedział, że to już niedługo.
  Gdy wybiła 21:00 wstał od stolika i na miękkich nogach podszedł do szatynki i ukląkł, patrząc jej w oczy. Dziewczyna oniemiała. Od początku przeczuwała, że szykuje się coś wielkiego, tylko nie wiedziała, która z dwóch możliwych opcji: Chłopak chce z nią zerwać, czy oświadczyć się. Teraz wszystko się wyjaśniło. -Kochanie... Kocham Cię najmocniej na świecie... I chcę spędzić z tobą resztę życia... Wyjdziesz za mnie? - zapytał niepewnie, ale z czułością, wyjmując małe pudełeczko. Dziewczyna popatrzyła mu głęboko w oczy, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. W końcu pojedyńcza łza spłynęła z jej oka i rzuciła się chłopakowi w ramiona. Ten wstał z uśmiechem i okręcił ją dookoła i złożył na jej palec pierścionek z połyskującym szmaragdem. Szczęśliwi wyszli na spacer, patrząc w nocne niebo. Zamrugała do nich spadająca gwiazda. Oboje mieli jedno życzenie: "Obyśmy zawsze zostali razem"...